środa, 27 sierpnia 2014

Macierzyńskie przeboje # 2

Dziś znów będzie o czymś innym. Otóż wczoraj: 
Wychodzę z domu, zamykam za sobą drzwi. W środku dzieci usypiają, mąż został się na posterunku. Przede mną cichy, spokojny wieczór. Po całodziennym deszczu mgły wstają z pól i łąk, na każdym źdźble trawy wisi kropla rosy. Z głębokim westchnieniem ulgi wciągam do płuc wszechobecną wilgoć. Wsiadam do samochodu, wkładam do radia kartę pamięci ze świeżo nagraną muzą i od razu rozwalam je na cały regulator. Wyjeżdżam na drogę i rozpędzam się jak najszybciej. Patrzę na zegar - dochodzi dwudziesta. Zdążę ale i tak nie zdejmuję nogi z gazu. Jadę szybko dla samej przyjemności szybkiej jazdy. Dookoła pusto, słońce już zaszło i spod horyzontu krwiście podbarwia rozchodzące się chmury.
Z głośników leci najnowszy Lenny Kravitz, basy podkręcone na maksa biją w uszy a ja drę się: "JEEEE! WOLNOŚĆ!!!"
Wypadam na międzymiastową i skręcam w kierunku miasta. Zbieram się szybko by ten za mną mnie nie wyklął że mu wyjechałam. Silnik wyje na wysokich obrotach, przyjemnie jest, gęba sama mi się śmieje. Mijam las, wyjeżdżam w pola. Dookoła po wioskach ludzie siedzą już w domach, jedzą kolację a może oglądają telewizję. Ja pędzę przed siebie, zadowolona. Mgła podnosi się coraz wyżej i gęstnieje. Lasy na horyzoncie powoli zaczynają w nią zapadać, już widać tylko rozbielone zarysy koron drzew. Jest przepięknie, uroczo, czarownie, niemal nierealnie.
Zmierzcha się - ten czas kiedy nie jest już jasno ale równocześnie nie jest jeszcze ciemno jest moją ulubioną porą dnia. Lubię ją zwłaszcza w mieście, gdzie wszystkie światła wystaw sklepowych, samochodów i neonów już się palą ale nie mając tła nocy za sobą nie kłują jeszcze tak w oczy. 
Wpadam na obwodnicę. Teraz One Republic z głośnika nadaje: "I'll be your light, your match, your burning sun...", ja się drę "yeah, I'll be your match!" 
..."And we'll feel alright, and we'll feel alright..." - ja na to, za przeproszeniem: "yeah, I'll feel fucking alright!"
Dokąd tak pędzi ta szalona matka-wariatka, tak upojona tą swoją chwilą wolności?
Ta odświeżona, uczesana i umalowana kobieta, ubrana w jedną z niewielu ocalałych od poplamienia bluzek? Z prawdziwą, małą torebką, w której nie ma ani jednej grzechotki? Uwolniona na dziś wieczór od tych wszystkich pieluch, fotelików, nosidełek, wózków, kaszek, papek itd?
Czy to na randkę? - No nie, bo przecież mężatka. To może na disco? - Skądże znowu. To na spotkanie z koleżanką? - Bynajmniej. Na zakupy? - Też nie. Do kina? - Skąd! To gdzie???
Do dentysty jedzie bo jej plomba w zeszłym tygodniu wypadła ha ha ha!!!

 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Macierzyńskie przeboje

Miało być o gazetowym decoupagu ale dziś, dla odmiany, coś z zupełnie innej beczki.
Mianowicie: od dawna nosiłam się z zamiarem opisania pewnej rzeczy, tak dla siebie (ale podzielę się też tym z Wami).
Chodzi o to, żebym mogła to sobie przeczytać i dokładnie przypomnieć, tak dla poprawy humoru, kiedyś, kiedy spełni się moje marzenie.
Moje marzenie wygląda tak:
Wstaję rano, daję dzieciom śniadanie, one jedzą same, ubierają się same, potem wychodzimy z domu, ja otwieram drzwi od samochodu i mówię "pakować się do środka!"
I one pakują się do środka a ja tylko zapinam pasy. W czasie podróży, jak będą głodne, każdemu ciastko do ręki i jedziemy dalej.
Rzeczywistość natomiast wygląda tak:
Wracam rano z roweru (jest 7.30). Tak - mam czas jeździć tylko wcześnie rano, więc wstaję przed piątą i na około dwie godzinki lecę na rower. Wchodzę do domu i idę szybko pod prysznic. Mąż w tym czasie szykuje się do wyjścia. Biegam potem po pokojach w mokrym ręczniku rozgrzebując stertę wypranych ciuchów i wykrzykując "no i znowu nie mam co na siebie włożyć" itd., wszystkie to znamy. Ubieram się - ale jeszcze nie w wyjściowe ciuchy, bo przecież przy dzieciach zaraz się poplamię.
Jest jakaś ósma. Siadamy do śniadania - starszemu (4,5 l) robię szybko kanapki, młodszej (13 m-cy) kaszkę. Starszy je sam, młoszą trzeba karmić, ja wciągam na szybko byle co.
Potem ekspresowy makijaż ograniczony do absolutnego minimum (brwi i rzęsy). Włosy same schną układając sie w mało artystyczny nieład. 
Jest około 8.30. Pakuje torbę do wyjścia, wrzucam tam: pieluchy, chustki do pupy, kocyk, ubranie na zmianę dla młodszej (w razie gdy pielucha przemoknie albo zdarzy się gorsza awaria) butelkę z ciepłą wodą w termosie, mleko w proszku, jakieś grzechotki, picie dla jednego, picie dla drugiego, biszkopty, sweter dla starszego, buty dla małej (od razu założyć nie mogę, bo zrobi sobie z nich podczas jazdy gryzaki). Okazuje się że buty brudne, starszego też - szybko trzeba wyczyścić. Cenne minuty uciekają, pani doktor ze szczepieniem nie będzie czekała wiecznie. Jest 9.00. Potem przypominam sobie, że w pralce jest kilka sztuk odzieży, które absolutnie muszą wyschnąć do wieczora, więc lecę po kosz. Kosz zajęty przez wczorajsze pranie, wywalam je na kanapę, lecę do pralki, wyciągam z niej pranie, wyławiam potrzebne mi rzeczy i rozwieszam je. Załatwione. 
Co ja teraz mam zrobić? Aha. Ubrać dzieciaki i siebie do wyjścia. No i tu niespodzianka. Okazuje się, że jesteśmy zupełnie nieprzygotowani do jesieni! (to pierwszy taki zimny dzień - dziś ma być tylko 15 stopni). W tej bluzce rękawy za krótkie (jak te dzieci szybko rosną!), w drugiej plama na przedzie, trzecia jakaś taka rozchełstana na dekoldzie, czwarta mokra w koszu na pranie. Kurtka miała być na jesień ale jeszcze trochę za duża. Niby tyle ciuchów ale żeby dzieci nie wyglądały jak lumpy to się naprzebierałam! A to już chyba 9.30.
Jak torba spakowana i dzieci poubierane, to teraz wózek do samochodu - bum, bum, bum, po schodach na dwór. Nagle z domu słyszę rozpaczliwe "AAAAAAAAAAAAAA", lecę szybko na górę pełna najgorszych przeczuć (no zostawić ich na sekundę samych nie można!) a tam rozpacz bo starszy zabrał młodszej kocyk.
Zakładam sandały (15 stopni ale moje nowe baleriny nie doszły jeszcze), dzieci pod pachę i idę do samochodu. Starszy sam się gramoli do fotelika, młodszą upycham w nosidełku. Zapinam dzieciom pasy, lecę do domu po torbę, wychodzę i zamykam drzwi na klucz. Tup, tup, tup po schodach, pakuję torbę do samochodu, składam wózek i pcham go do bagażnika. Do sandałów nalazło mi skoszonej trawy, buty są białe a taka trawa zostawia trwałe zielone ślady, wycieram je więc, jak mogę, chustką.
Co jeszcze? Aha. Koszyki na zakupy. Zapomniałam. Tup, tup, tup po schodach na górę, otwieram drzwi, łapię koszyki, zamykam dom, tup, tup, tup na dół, wkładam koszyki do auta. Już mała zaczyna się niecierpliwić co wyraża głośnym kwękaniem a to oznacza: "Uwaga! Zaraz się rozwyję". Nie chcę jechać do lekarza na sygnale więc wyciągam z torby jakiś fant i wręczam małej. Wsiadam do auta, znowu wyciągam trawę z sandałów, zapinam pasy, robię mocny wdech i zaczynam wyliczać:
Telefon jest, portfel jest, książeczka zdrowia jest, jedzenie i picie jest, pieluchy, chustki do pupy, ubrania na zmianę są, LISTA ZAKUPÓW! Jest ale przyczepiona magnesem do lodówki! Odpinam pasy, tup, tup, tup na górę (cholerne schody, a w nogach mam jeszcze co najmniej kilkanaście porannych kilometrów), otwieram drzwi, jednym skokiem jestem przy lodówce, łapię listę zakupów, wybiegam z domu, zamykam drzwi na klucz, tup, tup, tup po schodach na dół, wsiadam do samochodu. Kolejny raz wycieram buty z trawy i zapinam pasy. Wszystko mamy? Mamy! Ruszamy. Nareszcie.
Jest 10.00! Dzieci jadły o ósmej czyli zaraz będą znowu głodne! 
Przed nami jeszcze męka zakupów. I tak jest zawsze, ale to i tak wersja letnia, zimą to się zacznie! Kurtki, szaliki, czapki, śniegowce, i tak dalej, i tym podobne...
 
PS. Szczepienia nie było, doktor na urlopie.











środa, 23 lipca 2014

Gazetowy decoupage

Jakieś cztery lata temu znalazłam na strychu kilka starych gazet zachowanych w bardzo dobrym stanie - użyto ich do wyłożenia szuflad również bardzo starej komody. Komodzie zarządziłam przeprowadzkę na dół do salonu, umyłam ją, wyszykowałam, gazety odłożyłam postanawiając koniecznie wykorzystać je do czegoś później. Zastanawiałam się co z nimi zrobić, pomyślałam w końcu że można by nimi coś obkleić tak jak się obkleja różne przedmioty w technice decoupage. Długo jednak nie mogłam znaleźć odpowiedniego kandytata do obklejenia aż w końcu napatoczyły się trzy rzeczy na raz (oczywiście potem zapomniałam gdzie odłożyłam te gazety i musiałam przekopać pół strychu żeby je w końcu znaleźć, szukałam nawet obok naszej strychowej laleczki chucky, brrr).
Pierwsza do obklejenia poszła klapa od kosza na brudne ciuchy - poprzednia plastikowa złamała się pod ciężarem kładzionych na niej rzeczy. Była nie do naprawienia więc poprosiłam męża aby wyciął mi taką klapę z płyty pilśniowej. Podkleiłam sobię ją od spodu czterema deszczułkami by się nie przesuwała na koszu a górę całą zakleiłam wycinkami z Gazety Współczesnej z roku 1977! (gdy ta gazeta wyszła drukiem ja miałam niecałe 2 lata!). Tak to teraz wygląda:


Następnie zabrałam się za stary, pogryziony kiedyś przez psa taboret, który był pierwszą zdekupażowaną przeze mnie rzeczą i jak wszystkie takie pierwsze próby - zupełnie nieudaną. Zakleiłam więc pretensjonalne kępy róż Expressem Wieczornym z 1979 roku:


Ostatnią rzeczą do obklejenia był stojak na papier toaletowy, do którego użyta została Gazeta Współczesna z 1980 roku:


Tak się składa, że wszystkie te rzeczy stoją w łazience więc stanowią swego rodzaju komplet. Dodam jeszcze parę zbliżeń bo niektóre wycinki z artykułami są po prostu niezłymi "smaczkami", na początek całość klapy od kosza:


 a tu poszczególne wycinki:






















 Jak zrobić gazetowy decoupage opiszę w następnym poście, bo tu strasznie dużo zdjęć się zrobiło :) A poza tym już ciemna noc!






wtorek, 24 czerwca 2014

Jak tanim kosztem wykończyć kuchenny zlew

Dziś długi tuturial więc wstęp jak najkrótszy :)

Oto jak wyglądał mój kuchenny zlew zaraz po tym jak wprowadziliśmy się do naszego nowego/starego domu:



A oto co z nim sobie zrobiłam żeby mi było miło zmywać naczynia:



Do tego potrzebna mi była cała masa rzeczy:


Ale z tego wszystkiego specjalnie dokupiona do tej konkretnej roboty była tylko błękitna fuga i rozety do baterii (które zresztą nie pasują i do dziś szukam nowych). Cała resztę miałam w domu - to resztki po remoncie i produkty do decoupage'u, te najtańsze.

Pracę moją można podzielić na dwa etapy:

1. PRZYGOTOWANIE PŁYTEK


Wymarzyłam sobie płytki ze wzorkiem - takie nieco kosztują, więc by nie obciążać naszego nadszarpniętego wówczas remontem domu budżetu postanowiłam sobie takie spreparować metodą decoupage'ową. W końcu do tego wystarczy jedna taniutka, zwyczajna serwetka a wzorów tychże jest istne zatrzęsienie! Przebierałam więc jak w ulęgałkach aż znalazłam piękny, subtelny i nawet bardzo kuchenny motyw imbryczka do herbaty z filiżanką.


Jak widać płytki "z odzysku" miały również nieciekawy kolor, więc musiałam je pomalować - ale by farba (a na niej mój decoupage) się dobrze trzymała, zagruntowałam je wcześniej specjalną farbą gruntującą do ceramiki i szkła. Wszystko najlepiej robić jest zwykłą gąbką do zmywania pociętą na kilka pasków.
Płytka w środku wycięta jest na rury od kranu - to już robota męża, inne krawędzie docinałam sama. Wszystkie te brzegi pokryłam dokładnie grubą warstwą gruntu a potem farby, by nie były takie ostre (potem doszłam do wniosku, że wystarczyło je przetrzeć papierem ściernym).



Tak wyglądały pomalowane już płytki - do białej farby dodałam trochę beżowego barwnika, raz, że nie lubię czysto białych powierzchni, dwa - kolor musiał być jak najbardziej zbliżony do koloru wybranej wcześniej serwetki.



Jak widać kolor udało się dobrać idealnie, teraz trzeba było wyrwać wzór z serwetki i oddzielić wierzchnią warstwę:


Wydzierana metoda jest łatwiejsza niż pracochłonne wycinanie krawędzi wzoru ale właśnie dlatego tak ważne jest odpowiednie dobranie koloru tła. Po naklejeniu otoczka dookoła motywu staje się wtedy mało widoczna, pomagają również postrzępione przy wydzieraniu brzegi. 


Tak wyglądają już naklejone motywy. Naklejałam zwyczajnym Wikolem tylko mocno rozcieńczonym - mniej więcej do kosystencji rzadkiej śmietany. Potem polakierowałam wszystko lakierem wodnym, też takim zwyczajnym, do parkietu - ale przedtem bardzo ważna rzecz: serwetka tak naklejona musi zostać zabezpieczona przed wodą która znajduje sie w tym właśnie lakierze wodnym, w przeciwnym razie wchłonie tę wodę i się bardzo brzydko pomarszczy. Najlepiej zabezpieczy ją zaś... zwykły lakier do włosów! Ja kładę tego lakieru dużo, tak by całkiem zmoczył serwetkę i dla pewności kilka warstw. I tu kolejna ważna rzecz: gdy potem się lakieruje tym lakierem wodnym to pierwszą warstwę trzeba położyć raz przy razie i broń Boże nie poprawiać na świeżo - obydwa lakiery wtedy jakoś tak się łączą, że się strasznie wałkują i pojawiają się brzydkie farfocle. Gdy jednak ta pierwsza warstwa lakieru do parkietu wyschnie to już można malować we wszystkie strony i  długo poprawiać smugi od pędzla.
A propos pędzla - im bardziej miękkie włosie tym mniej smug zostawia.
Pomalować musiałam wszystkie kafelki - po pierwsze: mój lakier trochę zmienia kolor ostateczny powierzchni (lekko żółcieje z czasem), po drugie: to zabezpieczenie przed wodą. Lakier wodny zmywa się wodą, więc zastosowanie go nad kuchennym zlewem było trochę ryzykowne, dlatego też nałożyłam go wiele warstw (już nie pamiętam dokładnie ile ale raczej -naście, jak nie -eści). Jak na razie, minęło parę latek i ogólnie się sprawdza, mimo że często przecieram płytki wodą z płynem do mycia naczyć - tylko w jednym miejscu, przy mydelniczce trochę się wytarł.

Jak już duże płytki były gotowe, a więc zwolniło sie miejsce na blacie roboczym (jak widać kilka zdjęć wyżej zawsze totalnie zagraconym) wzięłam się za mniejsze płytki okalające te duże. Wtedy po raz pierwszy do czegoś konkretnego przydała mi się znajomość Autocada, hehe. Rozrysowałam sobie wszystko w tym programie a on łaskawie podał mi gotowe wymiary docelowe płytek. Musiałam je tylko wyciąć z dokładnością do milimetra na mojej przedpotopowej maszynie co nie było łatwe ale się w końcu udało!

Pomalowałam sobie jedne na kremowo drugie na błękitno, do kremowej farby dodając niebieskiego barwnika, wcześniej oczywiście gruntując wszystko, a potem kładąc wiele warstw lakieru do parkietu.


Gotowe płytki wyglądały tak:


Na tym kończy się etap pierwszy i można działać dalej:

2. KŁADZENIE PŁYTEK (trochę kiepsko to brzmi, ale co tam :)

Na początek zdarłam tapetę dokładnie do miejsca w którym miały się kończyć płytki:



Potem, ciekawa sprawa ale musiałam całą ścianę pobić młotkiem tak aby uzyskać nierówną powierzchnię. Farba użyta tutaj wcześniej sprawiała, że ściana była śliska i gdybym tego nie zrobiła płytki nie trzymałyby się dobrze. W łazience było tak samo - położyliśmy płytki a one na drugi dzień najspokojniej w świecie poodpadały sobie razem z zaprawą. 


Następnie, po odkręceniu i zdjęciu baterii z kranem, nałozyłam grubą warstwę zaprawy na ścianę i na płytkę i...



i pierwsza została przyklejona!


Potem poszła reszta dolnych a potem górne - do kladzenia ich nie potrzebowałam nawet poziomicy, doskonale sprawdzała sie zwykła drewniana listewka - dociskałam nią kolejne płytki żeby wszystkie leżały w jednej płaszczyźnie.


Jeszcze na świeżo ostrożnie, tak by nie poruszyć płytek, wytarłam je z zaprawy i wytarłam resztki zaprawy dookoła:


I tak to wyglądało wtedy:



Nareszcie można było przykręcić kran z powrotem i odkręcić główny zawór wody :)

Drugiego dnia, gdy zaprawa podeschła i miałam pewność że duże płytki się nie przesuną, zaczęłam nakładanie małych. Najpierw oczywiście oddarłam odpowiedni pas tapety i pobiłam młotkiem ścianę. 

 
Zależało mi na szerokich fugach, w końcu miały być ozdobne - niebieskie, więc pomiędzy płytki powsadzałam po dwa krzyżyki. Tu też równałam wszystko listewką.


Po nałożeniu reszty płytek wytarłam wszystko wilgotną gabką. Starałam się wybrać dookoła całości jak najwięcej zaprawy by zmieściła się tam fuga. Gdy się już z tym uporałam zostawiłam wszystko do wyschnięcia.


Gdy to już się stało, dolna szczelina została wypełniona silikonem do uszczelnień sanitarnych - zlew ten jest, że tak powiem, ruchomy (można i trzeba go czasem lekko unieść, więc fuga w tym miejscu mogłaby się wykruszać).


Silikon został elegancko wygładzony palcem:


Pozostało jeszcze fugowanie, najlepiej i najdokładniej można to zrobić własnymi palcyma :) Ma się wtedy pewność, że zaprawa do fugowania została wciśnięta w każdą szczelinę.


Po nałożeniu fugi płytki wyglądały bardzo interesująco, że tak powiem, artystycznie :) Szkoda że nie mogło tak zostać :) No ale jak tylko zaprawa trochę podeschła zabrałam się za ostrożne usuwanie jej nadmiaru i wygładzanie szczelin.


Pamiętałam także żeby ładnie wyrównać fugę otaczającą całość:


Na płytkach pozostały jeszcze małe smugi zaprawy ale takie ślady już bardzo łatwo usuwa się po całkowitym wyschnięciu.


I tak właśnie wygląda całość z bliska, już po wyschnięciu i umyciu:


Pod zlew uszyłam zasłonkę, której "montaż" odbywa się właśnie poprzez lekkie unoszenie zlewu - podwiązuje się ją do stalowej rurki podtrzymującej go.
No cóż, na koniec mogę powiedzieć tylko, że kosztowało mnie to dużo... pracy. Więc jeśli macie zachomikowane w domu resztki różnych rzeczy i narzędzi pozostałych po remoncie, to do dzieła! Można prawie za nic zrobić coś. Mój zlew zamiast straszyć cieszy teraz oko.


niedziela, 4 maja 2014

Czerwony płaszczyk dla dziewczynki rozmiar 74

Moim skromnym zdaniem najprzyjemniejszą rzeczą dla kogoś kto lubi szyć i dziergać jest tworzenie rzeczy dla swoich dzieci. A jak już można to robić dla dziewczynki (bo więcej możliwości, te wszystkie kokardki, perełki, kwiatki itd.) to już pełnia szczęścia!

Gdy tylko mała ciufcia wyrosła ze swojego przepięknego, czerwonego płaszczyka który nosiła jesienią zeszłego roku, postanowiłam, że na wiosnę zrobię jej podobny na drutach. Płaszczyk ma mnóstwo bajerów - bufki, zaszewki, kołnierzyk, kieszonki, kokardki i wygląda tak:



Miałam nadzieję w moim zrobić chociaż bufki i zaszewki jednak wiosna w tym roku przyszła dużo wcześniej więc musiałam pospieszać - ostatecznie z bajerów został się tylko kołnierzyk i półokrągłe wykończenie dołu. Jest też trochę rozkloszowany. Mój płaszczyk wygląda tak:


to z przodu, a z tyłu tak:

 

Muszę się pochwalić, że wyszedł mi idealnie a leży świetnie! I żeby nie było, że to sweterek - jest podszyty pikowaną podszewką!


Jeśli się komuś podoba może sobie zrobić taki sam, poniżej podaję "przepis".

Na początek potrzebne będą:
1. druty nr 3
2. włóczka, której próbka 10 x 10 cm to 28 oczek i 40 rzędów (ja użyłam włóczki Kotek polskiej firmy Arelan, zeszło mi jej ok 200g czyli niecałe dwa motki)
3. trzy guziczki o średnicy 1,5 cm
4. kawałek podszewki - ja miałam taką pikowaną, watowaną pod spodem ale równie dobrze może być polar (tyko wtedy w rękaw trzeba wszyć na polar kawałek jakiegoś śliskiego materiału np. satyny - żeby łatwo było wkładać ręce)
5. do tego oczywiście igła i nitka

Najpierw trzeba przerysować sobie ten schemat ;)


To oczywiście żart :) Chciałam tylko pokazać ile pracy kosztowało mnie przygotowanie formy i jaką masę poprawek musiałam wprowadzić.

Wzór podstawowy płaszczyka to po prostu kwadraty złożone z oczek lewych i prawych.
Po trzy oczka w rzędzie, w pionie po cztery rzędy oczek, łopatologicznie można to opisać tak:
1 rząd - 3 oczka lewe, 3 oczka prawe - powtarzać
2 rząd - jak schodzą z drutu
3 rząd - jak schodzą z drutu
4 rząd - jak schodzą z drutu
5 rząd - 3 oczka prawe, 3 oczka lewe - powtarzać 
wzór ten wygląda tak:



Tył:
Nabrać 92 oczka (33 cm) i przerabiać wzorem podstawowym. W 20, 40 i 60 rzędzie odjąć po jednym oczku z każdej strony (zostanie 86 oczek - 31 cm). Po przerobieniu 72 rzędów (= 18 cm) na podkrój pachy odjąć z obu stron po 3 oczka a następnie w co drugim rzędzie odjąć jeszcze 2 razy po 2 oczka i 3 razy po 1 oczku = 66 oczek. Przerabiać pozostałe oczka dalej i w 120 rzędzie zacząć odejmowanie na ramiona i na dekolt razem. Na skos ramion odjąć po obu stronach po 6 oczek i w co drugim rzędzie odjąć jeszcze 1 raz 6 oczek i 1 raz 5 oczek. Jednocześnie z pierwszym odejmowaniem na skos ramion zamknąć środkowe 16 oczek i potem z obu stron 1 raz 5 oczek i 1 raz 3 oczka.

Przody:
Nabrać 36 oczek i zaraz od samego początku dodawać na półokrągłe wykończenie dołu w co drugim rzędzie 1 raz 3 oczka i 2 razy 1 oczko. (oczywiście w lewym przodzie z innej strony co w prawym). Na drucie będzię wtedy 41 oczek. Potem lecieć tak jak w tyle. Po odjęciu oczek na podkrój pachy (tak jak w tyle) powinno zostać ich 28. Dekolt zacząć robić już w 104 rzędzie zamykając w co drugim rzędzie: 1 razy 3 oczka, 1 razy 2 oczka i 6 razy 1 oczko. Ramię zrobić identycznie jak w tyle.
TU UWAGA: jeśli ma być naprawdę ładnie to trzeba uważać żeby "kostki" wzoru ładnie się schodziły na szwach bocznych - wzór jest tak wyliczony, że łatwo to zrobić: np. ostatnie trzy lewe oczka z prawej strony na prawym przodzie plus oczko brzegowe, potem oczko brzegowe i pierwsze trzy oczka prawe na tyle. Po zeszyciu "kostka" z lewych oczek przodu styka się z "kostką" z prawych oczek tyłu i wzór na całości zachowuje ciągłość.

Rękaw:
Nabrać 44 oczka (15,5 cm) i przerabiać 56 rzędów dodając na poszerzenie rękawów po 16 oczek po obu stronach w co trzecim rzędzie. (44 oczka + 32  = 76 oczek). W 57 rzędzie zacząć odejmowanie na główki rękawów: obustronnie w co drugim rzędzie 1 raz 4 oczka, 3 razy 3 oczka, 1 raz 6 oczek i 1 raz 7 oczek. Środkowe 24 oczka zamknąć w kolejnym rzędzie.

Wykończenie:
Wszystkie części zblokować, czyli zwilżyć, naciągnąć i pozostawić do wyschnięcia, najlepiej rozpinając np. na styropianie: 


Następnie położyć wszystkie części na materiale na podszewkę i wyciąć go dookoła dzianiny z mniej więcej centymetrowym zapasem.



Zeszyć części dzianiny ze sobą:



a także części podszewki ze sobą:




i tu zaczynają się małe schody ale warto się pomęczyć - trzeba idealnie dopasować podszewkę do części dzianinowej, niestety metodą prób. Fastrygować i wkładać do części dzianinowej (lewą stroną do lewej) do momentu kiedy bedą idealnie leżeć jedna w drugiej.
Jeśli już dopasujecie obie części, na podszewce trzeba rozłożyć szwy ramion i przeszyć je tak ja na zdjęciu (aby potem było jak najmniejsze zgrubienie szwu w tym miejscu):


Potem trzeba włożyć podszewkę do dzianiny - powinno to wyglądać tak (podszewka powinna trochę wystawać z przodu i od dołu):



Następnie należy przyszyć boczne szwy i szwy ramion podszewki do dzianiny:



a potem przyfastrygować przody i dół (łącząc dzianinę z podszewką) w odległości jakichś dwóch centymetrów od brzegu (to ważne):



Potem przyciąć podszewkę na około centymetr - pół centymetra od dzianiny:




Z brzegów przodów oraz dolnego brzegu dzianiny nabrać na druty 286 oczek i przerabiać ściegiem gładkim prawym (dlatego fastryga musi być dalej by łatwo było teraz nabierać oczka). Tutaj potrzeba więcej drutów bo tylko na dwóch by było bardzo ciężko przerabiać. Można użyć drutów na żyłce albo kilku drutów pończoszniczych.




Dla ułatwienia podam, że na bokach przodów na jedną "kostkę" wzoru przypadają dwa nabierane oczka a na dole robótki trzy. Na zaokrągleniach dołów przodu trzeba ilość nabieranych oczek trochę "zagęścić" by potem pliska się nie odwijała.
W 6 rzędzie zamknąć trzy razy po 3 oczka na dziurki na guziki. Tak jak widać na zdjęciu ja pierwszą dziurkę zaczęłam od oczka piątego, a następne są w odstępie dziewięciu oczek od siebie.


W następnym rzędzie trzeba nabrać te wszystkie oczka z powrotem i ja to robię tak:



Aby pliska miała ładny brzeg w 12 rzędzie należy przerabiać tym wzorem: dwa oczka przerobione razem, narzut, dwa oczka przerobione razem, narzut itd.(to jest rząd oczek prawych).
Wychodzi to na początku niewyględnie, czyli tworzą się po prostu takie dziury:


ale po przerobieniu kolejnych sześciu rzędów (zakończyć w 13 rz.) i złożeniu... TADAM!:


Wychodzi efektowny ząbkowany brzeg (szerokość złożonej pliski to 3 cm). Po drodze trzeba pamiętać o zrobieniu drugich dziurek na guziki:


Teraz czas na przyszycie brzegów podszewki do zgrubienia powstałego przy nabieraniu oczek, w ten sposób:


 


I gdy teraz złożymy pliskę na pół i przyszyjemy do tegoż zgrubienia (tak by przykryć poprzedni szew), powstaje naprawdę elegancko wykończony brzeg:




W podobny sposób trzeba zrobić kołnierz - nabrać 71 oczek i w 18 rzedzie przerobić dwa oczka razem, narzut, dwa oczka razem, narzut, itd. Potem zakończyć tę plisę dopiero w 20 rzędzie od złożenia (nie w 18 - kołnierz nie będzie stał jak stójka gdy jego wierzchnia warstwa będzie lekko dłuższa). Przyszyć wszystko tak jak poprzednio:




Rękawy oczywiście wykańczamy tak samo:




Na koniec trzeba tylko obszyć dziurki na guziki żeby ładnie wyglądały i trzymały się razem, oraz zeszyć brzegi plis i przyszyć guziki. No i oczywiście wypruć fastrygę :) . I to byłby już nareszcie koniec! :)

I jeszcze płaszczyk na modelce w różnych pozach: