poniedziałek, 3 listopada 2014

Dlaczego wchodzę na portale plotkarskie?

Pasjami przeglądam portale plotkarskie. Bywa, że traktuję to jak obowiązkowy przegląd prasy i czytam nawet komentarze pod niusami. Moja rodzina podśmiewuje się z tego i patrzy na mnie z pobłażaniem. Zarzekają się, że oni nie... takie głupoty... nigdy w życiu! Dziwnym trafem świetnie się orientują w najnowszych plotkach - niby na zasadzie:
- tylko raz wszedłem...
- tyko to mnie zaciekawiło...
Czyli przeglądają ale w ukryciu :) Ja natomiast otwarcie się do tego przyznaję, ale czego ja tam właściwie szukam? Przecież ja sama nie plotkuję, ba, nawet brzydzę się plotami, a od rozsiewających je baboli trzymam się z daleka.
Po co więc tam zaglądam? Są dwa powody:
1. Moda - lubię sobie popatrzeć, kto gdzie poszedł w czym i pośmiać się gdy ktoś strzeli ubraniową gafę.
2. Powód, nazwijmy to - socjologiczny: ciekawi mnie co myślą inni, jak sie odnoszą do pewnych spraw, jakie są ogólne nastroje wśród tego wycinka społeczeństwa, który udziela się na forach. Stąd wiem że np. karmienie publiczne piersią jest ogromnym występkiem przeciwko moralności, duże pupy są lepsze niż płaskie, każda bez wyjątku aktorka zrobiła karierę przez łózko, Anja Rubik ma na 100 % anoreksję a zgwałcona kobieta nawet dziś może być sama sobie winna.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że autorami ogromnej większości takich wpisów są trolle internetowe ale i tak zawsze dziwi mnie negowanie oczywistej oczywistości, czyli na przykład takie sytuacje:
Pod zdjęciem oszałamiająco/klasycznie/zabójczo pięknej aktorki/piosenkarki/modelki przepięknie umalowanej i uczesanej w podkreślającej jej superzgrabną figurę kreacji od wielkiego projektanta niemal 90 % wpisów o takiej treści:
- brzydka
- gruba
- obrzydliwe kolana
- ohydne łokcie
- wygląda jak trans
dalej jest jeszcze gorzej:
- puszczalska
- szmata
- ździra
- nienawidzę jej!
a nawet tak:
- życzę jej żeby zdechła w męczarniach!
Im więcej takich wpisów było tym częściej czytałam komentarze - chciałam zrozumieć dlaczego kobiety (bo to głównie kobiety to piszą) potrafią tak nienawidzić inne kobiety, tak zawzięcie by życzyć strasznych rzeczy komuś kogo nigdy nawet nie spotkały.
Zawiść - zła i podła odmiana zazdrości, uczucie którego nie znałam, stała się dla mnie zagadką do rozwiązania. Znalazłam rozwiązanie tej zagadki ale nie na portalu plotkarskim tylko we własnym życiu.
Otóż, wyjąwszy czasy wczesnej młodości (podstawówka, liceum), gdzie większość z nas jest jeszcze lekko nieopierzona i nie wie za bardzo co z czym, byłam zawsze bardziej niż zadowolona ze swojej powierzchowności. Wysoka, zgrabna, szczupła blondynka z niebieskoszarymi oczami i długimi nogami - no kto nie byłby zadowolony? A jeszcze jak zaczęłam trenować kolarstwo - uda jak ze stali, zero cellulitu, brzuch płaski jak deska. Pewność siebie i zadowolenie z życia - 100 %. Byłam młoda, zdrowa, wolna i szczęśliwa. Potem chłopak, narzeczony, wspaniałe wesele, ciąża, dziecko i - STOP.
Skończyło się. W ciąży przytyłam jakieś 30 kilo. Już nie byłam ani młoda, ani wolna, ani szczupła, ani ładna, ani beztroska. Co prawda po porodzie "wzięłam się" ostro za siebie ale do starej wagi trochę kilogramów jeszcze zostało. To plus samotność w pustym domu na odludziu i odcięcie od dawnego życia spowodowały, że moja pewność siebie i zadowolenie z życia spadły do zera. Teraz wiem, że nie było aż tak źle ale widząc wtedy swoje odbicie w lustrze miałam na siebie tylko jedno określenie - locha.
I zdarzyło się, że mój cioteczny brat się żenił. Z miłą, sympatyczną, szczupłą i piękną dziewczyną. Na weselu cieszyłam się ich szczęściem ale zazdrościłam jej tego co ja już miałam za sobą. 
Jakiś czas potem przyszły ich zdjęcia z sesji ślubnej. Gotowałam wtedy jakąś zupę czy smażyłam dżem, pamiętam, że mieszałam w garze wielką, drewnianą łychą, spocona i zmęczona całym dniem zasuwania przy garach i małym dziecku. Na zdjęciu zobaczyłam roześmianą dziewczynę, teraz już moją bratową, w jej przepięknej sukni ślubnej od Zienia (tak, od "tego" Zienia) z tą jej talią osy, w białych, zgrabniutkich szpileczkach.
I wtedy ja - brzydka, gruba locha mieszająca łychą w garze, ubrana w wyciągnięte, poplamione dresy, z oponką na brzuchu i kudłami w miejscu włosów - poczułam to. Potężne ukłucie nienawiści. Jadowity kolec płaszczki-zawiści dziabnał mnie prosto w serce i na kilka uderzeń zmienił je w czarne serce wiedźmy. Powiem, że to był szok. Siła tego uczucia i jego bezpodstawność zadziwiły mnie. Zanim się opamiętałam nienawidziłam przez chwilę ale za to jak mocno! Nienawidziłam niczego nie winnej dziewczyny, za co? Za jej młodość, urodę, figurę, dobre życie. To trwało kilka sekund i bardzo mi się nie spodobało, wiedziałam że nie chcę tego czuć nigdy więcej w życiu. Przestraszyłam się, że teraz już zostanę takim wrednym, pełnym jadu trollem komentującym na moich ulubionych portalach wyimaginowane braki w urodzie czyichś kolan albo łokci. 
Teraz już znam to uczucie do którego myślałam, że nie jestem zdolna, wiem jak powstaje. Jak do tej pory zdarzyło się to tylko raz. Znalazłam w sobie ślad samej siebie sprzed lat i wracam do tego. Znowu lubię siebie, coraz bardziej i mam nadzieję, że moje serce już nigdy, nawet na jedno uderzenie nie zmieni się w czarne.









wtorek, 21 października 2014

Wyprawa do Zoo

To było piękne niedzielne przedpołudnie. Słonecznie, ciepło - 20 stopni. Jak na koniec września - rewelacja. Zaparkowaliśmy w dobrym miejscu bez długiego krążenia co jeszcze poprawiło nam humory. Zrelaksowani więc i zadowoleni wyładowujemy dzieciaki z samochodu. Mąż rozkłada wózek, ja pakuję do niego młodszą ciufcię, jej torbę, cieplejsze ciuchy na wszelki wypadek, opatulam szyję starszej ciufci bo w cieniu czuć jednak rześkość jesiennego powietrza. Zamykamy samochód i szczerząc się do siebie ruszamy w stronę wejścia do Zoo. Mój uśmiech jednak szybko więdnie a na usta ciśnie się pytanie:
- Masz bilety?
Mąż patrzy na mnie zbity z tropu a już wiem, wiedziałam to zanim zadałam to pytanie, że odpowiedź brzmi "nie". Że nie mamy biletów. Zostały się. Zostały się na parapecie w domu. Zapomniałam ich wziąć. A wydawało się, że pamiętałam o wszystkim. O jedzeniu dla dzieci, pieluchach, chustkach do pupy, kocyku, chrupkach, ciastkach, nawet o takiej dupereli jak pomadka do ust. Ale o najważniejszej rzeczy zapomniałam. Bilety do Zoo. Darmowe. Krwawica ojca - dosłownie, bo zapłacił za nie własną krwią (jako honorowy dawca krwi - dostał je razem z czekoladą). 
Nie żeby wstęp do Zoo był taki drogi ale przyjechaliśmy do Warszawy specjalnie po to by wykorzystać te darmowe bilety.
- Ty sieroto! - mąż patrzy na mnie z politowaniem. Beztroski nastrój mija a ja miotam się w myślach co teraz robić? Jechać po nie do Anina (zostały się w domu u babci)? Pakować dzieciaki znów do samochodu? Znów stać w korku przy stadionie?
- Dobra kupimy nowe, chodź! - postanawia mąż z rezygnacją - Przecież to nie fortuna.
Idę posłusznie za nim i czuję się jak ostatni debil. Może to faktycznie i nie fortuna ale żeby zapomnieć najważniejszej rzeczy! Cóż, to cała ja. Kiedyś też przejechałam pół Warszawy po to by pod samym basenem przypomnieć sobie, że nie wzięłam karnetu.
- Dlaczego to ja zawsze muszę pamiętać o wszystkim? - próbuję jeszcze desperacko przelać choć część winy na kogoś innego.
- Żeby tylko nie było tak, że kupimy bilety i okaże się, że jednak mamy tamte - po chwili ciszy odpowiada mąż.
Nagle spływa na mnie objawienie. Przez zatkane sita pamięci przesącza sie wspomnienie - obraz mojej ręki zgarniającej z parapetu trzy zielone, błyszczące w padającym przez kuchenne okno słońcu bilety. Ta ręka zgina je potem starannie na pół i wkłada... gdzie? chyba... do torby dziecinnej, która... jedzie właśnie z nami w koszyku pod wózkiem!
Stanęłam jak wryta, otworzyłam szeroko oczy i rzuciłam się szczupakiem pod wózek. Wyszarpałam torbiszcze, postawiłam je na chodniku i zaczęłam gorączkowo przeszukiwać boczne kieszenie. Zaczęłam od największej - nie ma. Potem ta przezroczysta, gdzie zawsze chowam grzechotki - nie ma. Trzecia na suwak - też nie ma! Tracąc nadzieję odpięłam rzepa ostatniej, najmniejszej i nagle - niebiosa się otwierają nade mną a stado aniołów śpiewa chóralnym głosem: ALLELUJA! SĄ! Są bilety! Elegancko złożone trzy kolorowe bilety do Zoo leżą sobie razem z pomadką! Włożyłam je jak pakowałam dzieciom torbę jako pierwsze, na tyle machinalnie, że główny strumień mojej świadomości w ogóle tego nie zarejestrował. A więc Alleluja! Mamy bilety! Wchodzimy za darmo!
Maż patrzy na mnie wciąż z politowaniem, wiem co sobie teraz myśli. Pewnie to że by mnie udusił gdybym te bilety znalazła odrobinę później, gdybyśmy już kupili nowe w kasie.
Dobry nastrój wraca, wchodzimy przez bramę, bez czekania w dłuuugim ogonku do kasy. Znowu jesteśmy zrelaksowani i uśmiechnięci - na tyle, że trzymają się nas głupawe żarty:

Oho, zaraz pan wpadnie do wody i hipopotamy też go zjedzą, hihihi...
Uważaj Bartek, lew się na ciebie patrzy, pewnie ma ochotę cię zjeść, huhuhu...    



Uwaga! Piranie z tyłu, hehehe...  
Patataj, patataj, patataj...
Bartek, miej się na baczności, rekin już do ciebie płynie i zaraz cię... eee to już nudne...
"Ech ci rodzice, wszyscy tylko 'zje cię, zje cię', banalni do bólu."  
Bartek zapatrzony...

... Ciufcia spokojnie zasypia przy krokodylach...
... i budzi się na samym końcu zwiedzania, w sekcji ptaków.
Jaka dziwna kolorowa kura! Zdziwienie na widok ary - bezcenne! :)
Jeszcze tylko nosorożce...
... słonie i - do domu! 
To była bardzo udana wycieczka, dzieci nie marudziły (młodsze i tak większość czasu przespało), dzikich tłumów nie było, słońce świeciło cały czas ale i tak ze wszystkiego absolutnie najważniejszy był:


BALON! Wypełniony helem niebieski balon-traktor! Bartek z nim spał, z nim jadł, chodził z nim na spacery i nie pozwalał nikomu go dotknąć :)

poniedziałek, 6 października 2014

Komin na szyję

Piękny  był dziś dzień! Nie tylko dlatego że taki słoneczny i ciepły jak na początek października - również dlatego, że dziś wszyscy ludzie których mijałam na zakupach uśmiechali sie do mnie. I ekspedientki, i panie w przedszkolu, i panie z kolejki do kasy w sklepie. Zwykli przechodnie również. Niektórzy nawet zagadywali żeby poprowadzić przez chwilę miłą, niezobowiązującą rozmowę. Co sprawiało że wszyscy byli tacy sympatyczni i uśmiechnięci? Co wywoływało ten szczery uśmiech na ich twarzach?
Ano, to śliczne, małe stworzenie które kroczyło obok mnie:


 Tak to właśnie jest z małymi dziećmi - działają na ludzi jak katalizatory uśmiechu. To jest wielki plus kiedy trzeba załatwić coś np. w urzędzie. Wystarczy zgrabnie wsadzony pod pachę maluch i nagle WSZYSCY są dla ciebie mili :). Przetestowałam to wiele razy w przeróżnych urzędach, przychodniach, bankach, na poczcie itd. Trudno powiedzieć jednak kiedy dziecko wyrasta z tego wieku, mój starszy syn (4,5 roku) od pewnego czasu już nie daje takiego efektu ;) Na pewno im mniejsze dziecko tym lepiej no i dziewczynka chyba działa silniej :)
Jak tu teraz zgrabnie przejść do tematu dzisiejszego postu... Bo właściwie to miało być o kominach. Takich na szyję. Przez cały wrzesień było ciepło jak latem, ale teraz już zrobiło się chłodnawo i potrzebowałam czegoś na szyję dla młodszej ciufci. Na szalik jeszcze za ciepło, więc pomyślałam o kominie z cienkiej dzianiny. Nie jeździłam jednak od sklepu do sklepu w poszukiwaniu odpowiedniego, pojechałam od razu do mojego ulubionego lumpa i kupiłam tam bluzkę ze wzorem i w kolorze który mi najbardziej odpowiadał i z takiego właśnie materiału o jaki mi chodziło. W domu przycięłam ją pod pachami i odcięłam dolny ściągacz tak że wyszła z tego tuba o długości jakichś 30 centymetrów:


 Nie musiałam obrębiać brzegów bo w takiej dzianinie brzegi się nie strzępią i same zwijają się w zgrabne ruloniki. Szerokości nie musiałam też regulować bo okazało się, że bluzka w rozmiarze M jest w sam raz na szyję czternastomiesięcznego dziecka.
Następnym razem znajdę bluzkę na taki komin dla siebie, pewnie trzeba będzie kupić rozmiar XL. Polecam ten sposób bo po pierwsze jest tani, a po drugie w takim gabeciu można poprzebierać we wzorach i kolorach i znaleźć coś bardzo oryginalnego dla siebie.
Dziś na przykład znalazłam dla synka tiszercik, który idealnie oddaje jego charakterek: 


Na koniec jeszcze trochę zdjęć jak się komin na szyi ciufci ładnie prezentuje:







piątek, 5 września 2014

Gazetowy decoupage - jak go zrobić

To dziś nareszcie będzie o tym o czym miało być, czyli jak zrobić ten nietypowy decoupage:


Nietypowy - bo zwykle używa się do tego papierowych serwetek albo specjalnych papierów. Ja do zrobienia swojego wykorzystałam ponadtrzydziestoletnie gazety i opisałam to dwa posty temu czyli tu.
Polecam ten sposób decoupea... decupageo... decoupagoeo... dekupażowania zwłaszcza początkującym ponieważ gazety są sztywniejsze niż papierowe serwetki i nie rozłażą się tak pod wpływem kleju jak to serwetki czasem potrafią. Nie wiem jak zachowałyby się gazety kolorowe - są takie śliskie i może klej nie trzymałby ich dobrze jednak i ze zwyczajnych szarych gazet można wykleić coś fajnego. Można na przykład pobawić się tytułami artykułów i połączyć je w śmieszne wersy, można zrobić interesujący kolaż a można też wykleić słowa jakie kto chce, naprzykład takie:


 Zrobienie takiego dekupażu jest proste jak budowa cepa więc obędzie się bez zbędnych zdjęć, na początek tylko potrzebne materiały:




Ponieważ TRZEBA UMIEĆ SOBIE RADZIĆ a profesjonalne kleje i lakiery do dekupażu są dość drogie a czasem obklejam całkiem duże powierzchnie więc zadobyłam się w tańsze zamienniki. Jako klej świetnie sprawdzi się zwyczajny wikol (tu stosowany bez rozcieńczania) a lakierować dobrze będzie lakier do parkietu 3V3. Ten akurat jest w formie gęstego żelu więc pokrywa wszystko grubszą powłoką, co przekłada się na ilość warstw (mniej warstw, mniej roboty). Ma tylko jedną wadę - lekko żółknie z czasem (tu to nie był problem, moje gazety i tak były pożółkłe ze starości). Oprócz tego potrzebne są oczywiście nożyczki i pędzle - pędzle o szerokości wprost proporcjonalnej do wielkości obklejanego przedmiotu.  Ważne żeby pędzle były miękkie, zwłaszcza ten do lakierowania - im bardziej miękki będzie tym mniej smug zostanie na powierzchni.
Obydwa powyższe produkty mają jedną dużą zaletę: są to produkty rozcieńczalne i zmywalne wodą - pędzle można myć wodą z dodatkiem np. mydła i to wystarczy. Ponadto prawie wcale nie śmierdzą i nie są toksyczne, co dla mnie, jako matki małych dzieci jest szczególnie ważne. Mogę sobie spokojnie pracować nimi kiedy dzieci obok się bawią i jest ok.

A teraz już w punktach co po kolei robić:

1. Przygotować powierzchnię przedmiotu - czyli umyć, odłtuścić, albo przetrzeć papierem ściernym.

2. Przygotować wycinki z gazet i ułożyć sobie z nich wstępnie to co potem będziemy kleić. 

3. Kleić ścinki - najlepiej smarować klejem powierzchnię którą chcemy zdekupować a nie gazety. Kleju nie może być za mało, gazety muszą nim trochę nasiąknąć, ale nie może go też być za dużo bo się wszystko się nieładnie pomarszczy. Najlepiej wypróbować sobie wcześniej na małym kawałku jaka ilość kleju będzie najlepsza. Ścinki trzeba mocno wgniatać palcami w powierzchnię aby się ładnie i dokładnie wkleiły.
Potem zostawić trzeba wyklejoną powierzchnię na jakąś dobę do wyschnięcia. Jeżeli gazety się jednak trochę pomarszczą to też nie jest to problem ponieważ wtedy można:

4. Wyprasować wszystko żelazkiem. Zwyczajnie, nastawić żelazko na pół mocy (ja rozgrzewam swoje na full ale chyba mam słabe żelazko) i prasować powierzchnię przez papier do pieczenia mocno dociskając. Mocno i długo prasując można doprowadzić do tego że powierzchnia będzie gładka jakby wyszła z fabryki a nie spod naszej ręki. Aha i żelazka używać bez pary!

5. Spryskać wszystko również najzwyczajnieszym lakierem do włosów. Najlepiej kilkakrotnie i zostawić aby wszystko porządnie wyschło. To zabezpieczenie przed wodą w lakierze wodnym, bez tej warstwy lakieru do włosów gazety wchłonęłyby wodę znajdującą się w lakierze i brzydko pomarszczyły.

6. Malować lakierem - pierwszą warstwę należy położyć szybko, raz przy razie i broń Boże nie poprawiać na świeżo - obydwa lakiery wtedy jakoś tak się łączą, że się strasznie wałkują i pojawiają się brzydkie farfocle. Kolejne warstwy można już nakładać bez pośpiechu i poprawiać wiele razy bez obaw zniszczenia świeżo lakierowanej powierzchni. Ilość warstw zależy od lakieru, najlepiej nałożyć ich tyle by po wyschnięciu brzegi poszczególnych ścinków nie były wyczuwalne pod palcami. Moim lakierem musiałam zrobić tych warstw kilkanaście.

7. Odczekać kilka dni albo i tygodni zanim postawimy coś na świeżo wylakierowanych powierzchniach - przez pewien czas będą one bardzo lepkie i przedmioty będą się do nich przyklejać. Po oderwaniu może zostać brzydki ślad.

I to wszystko! Miłego klejenia! :)














środa, 27 sierpnia 2014

Macierzyńskie przeboje # 2

Dziś znów będzie o czymś innym. Otóż wczoraj: 
Wychodzę z domu, zamykam za sobą drzwi. W środku dzieci usypiają, mąż został się na posterunku. Przede mną cichy, spokojny wieczór. Po całodziennym deszczu mgły wstają z pól i łąk, na każdym źdźble trawy wisi kropla rosy. Z głębokim westchnieniem ulgi wciągam do płuc wszechobecną wilgoć. Wsiadam do samochodu, wkładam do radia kartę pamięci ze świeżo nagraną muzą i od razu rozwalam je na cały regulator. Wyjeżdżam na drogę i rozpędzam się jak najszybciej. Patrzę na zegar - dochodzi dwudziesta. Zdążę ale i tak nie zdejmuję nogi z gazu. Jadę szybko dla samej przyjemności szybkiej jazdy. Dookoła pusto, słońce już zaszło i spod horyzontu krwiście podbarwia rozchodzące się chmury.
Z głośników leci najnowszy Lenny Kravitz, basy podkręcone na maksa biją w uszy a ja drę się: "JEEEE! WOLNOŚĆ!!!"
Wypadam na międzymiastową i skręcam w kierunku miasta. Zbieram się szybko by ten za mną mnie nie wyklął że mu wyjechałam. Silnik wyje na wysokich obrotach, przyjemnie jest, gęba sama mi się śmieje. Mijam las, wyjeżdżam w pola. Dookoła po wioskach ludzie siedzą już w domach, jedzą kolację a może oglądają telewizję. Ja pędzę przed siebie, zadowolona. Mgła podnosi się coraz wyżej i gęstnieje. Lasy na horyzoncie powoli zaczynają w nią zapadać, już widać tylko rozbielone zarysy koron drzew. Jest przepięknie, uroczo, czarownie, niemal nierealnie.
Zmierzcha się - ten czas kiedy nie jest już jasno ale równocześnie nie jest jeszcze ciemno jest moją ulubioną porą dnia. Lubię ją zwłaszcza w mieście, gdzie wszystkie światła wystaw sklepowych, samochodów i neonów już się palą ale nie mając tła nocy za sobą nie kłują jeszcze tak w oczy. 
Wpadam na obwodnicę. Teraz One Republic z głośnika nadaje: "I'll be your light, your match, your burning sun...", ja się drę "yeah, I'll be your match!" 
..."And we'll feel alright, and we'll feel alright..." - ja na to, za przeproszeniem: "yeah, I'll feel fucking alright!"
Dokąd tak pędzi ta szalona matka-wariatka, tak upojona tą swoją chwilą wolności?
Ta odświeżona, uczesana i umalowana kobieta, ubrana w jedną z niewielu ocalałych od poplamienia bluzek? Z prawdziwą, małą torebką, w której nie ma ani jednej grzechotki? Uwolniona na dziś wieczór od tych wszystkich pieluch, fotelików, nosidełek, wózków, kaszek, papek itd?
Czy to na randkę? - No nie, bo przecież mężatka. To może na disco? - Skądże znowu. To na spotkanie z koleżanką? - Bynajmniej. Na zakupy? - Też nie. Do kina? - Skąd! To gdzie???
Do dentysty jedzie bo jej plomba w zeszłym tygodniu wypadła ha ha ha!!!

 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Macierzyńskie przeboje

Miało być o gazetowym decoupagu ale dziś, dla odmiany, coś z zupełnie innej beczki.
Mianowicie: od dawna nosiłam się z zamiarem opisania pewnej rzeczy, tak dla siebie (ale podzielę się też tym z Wami).
Chodzi o to, żebym mogła to sobie przeczytać i dokładnie przypomnieć, tak dla poprawy humoru, kiedyś, kiedy spełni się moje marzenie.
Moje marzenie wygląda tak:
Wstaję rano, daję dzieciom śniadanie, one jedzą same, ubierają się same, potem wychodzimy z domu, ja otwieram drzwi od samochodu i mówię "pakować się do środka!"
I one pakują się do środka a ja tylko zapinam pasy. W czasie podróży, jak będą głodne, każdemu ciastko do ręki i jedziemy dalej.
Rzeczywistość natomiast wygląda tak:
Wracam rano z roweru (jest 7.30). Tak - mam czas jeździć tylko wcześnie rano, więc wstaję przed piątą i na około dwie godzinki lecę na rower. Wchodzę do domu i idę szybko pod prysznic. Mąż w tym czasie szykuje się do wyjścia. Biegam potem po pokojach w mokrym ręczniku rozgrzebując stertę wypranych ciuchów i wykrzykując "no i znowu nie mam co na siebie włożyć" itd., wszystkie to znamy. Ubieram się - ale jeszcze nie w wyjściowe ciuchy, bo przecież przy dzieciach zaraz się poplamię.
Jest jakaś ósma. Siadamy do śniadania - starszemu (4,5 l) robię szybko kanapki, młodszej (13 m-cy) kaszkę. Starszy je sam, młoszą trzeba karmić, ja wciągam na szybko byle co.
Potem ekspresowy makijaż ograniczony do absolutnego minimum (brwi i rzęsy). Włosy same schną układając sie w mało artystyczny nieład. 
Jest około 8.30. Pakuje torbę do wyjścia, wrzucam tam: pieluchy, chustki do pupy, kocyk, ubranie na zmianę dla młodszej (w razie gdy pielucha przemoknie albo zdarzy się gorsza awaria) butelkę z ciepłą wodą w termosie, mleko w proszku, jakieś grzechotki, picie dla jednego, picie dla drugiego, biszkopty, sweter dla starszego, buty dla małej (od razu założyć nie mogę, bo zrobi sobie z nich podczas jazdy gryzaki). Okazuje się że buty brudne, starszego też - szybko trzeba wyczyścić. Cenne minuty uciekają, pani doktor ze szczepieniem nie będzie czekała wiecznie. Jest 9.00. Potem przypominam sobie, że w pralce jest kilka sztuk odzieży, które absolutnie muszą wyschnąć do wieczora, więc lecę po kosz. Kosz zajęty przez wczorajsze pranie, wywalam je na kanapę, lecę do pralki, wyciągam z niej pranie, wyławiam potrzebne mi rzeczy i rozwieszam je. Załatwione. 
Co ja teraz mam zrobić? Aha. Ubrać dzieciaki i siebie do wyjścia. No i tu niespodzianka. Okazuje się, że jesteśmy zupełnie nieprzygotowani do jesieni! (to pierwszy taki zimny dzień - dziś ma być tylko 15 stopni). W tej bluzce rękawy za krótkie (jak te dzieci szybko rosną!), w drugiej plama na przedzie, trzecia jakaś taka rozchełstana na dekoldzie, czwarta mokra w koszu na pranie. Kurtka miała być na jesień ale jeszcze trochę za duża. Niby tyle ciuchów ale żeby dzieci nie wyglądały jak lumpy to się naprzebierałam! A to już chyba 9.30.
Jak torba spakowana i dzieci poubierane, to teraz wózek do samochodu - bum, bum, bum, po schodach na dwór. Nagle z domu słyszę rozpaczliwe "AAAAAAAAAAAAAA", lecę szybko na górę pełna najgorszych przeczuć (no zostawić ich na sekundę samych nie można!) a tam rozpacz bo starszy zabrał młodszej kocyk.
Zakładam sandały (15 stopni ale moje nowe baleriny nie doszły jeszcze), dzieci pod pachę i idę do samochodu. Starszy sam się gramoli do fotelika, młodszą upycham w nosidełku. Zapinam dzieciom pasy, lecę do domu po torbę, wychodzę i zamykam drzwi na klucz. Tup, tup, tup po schodach, pakuję torbę do samochodu, składam wózek i pcham go do bagażnika. Do sandałów nalazło mi skoszonej trawy, buty są białe a taka trawa zostawia trwałe zielone ślady, wycieram je więc, jak mogę, chustką.
Co jeszcze? Aha. Koszyki na zakupy. Zapomniałam. Tup, tup, tup po schodach na górę, otwieram drzwi, łapię koszyki, zamykam dom, tup, tup, tup na dół, wkładam koszyki do auta. Już mała zaczyna się niecierpliwić co wyraża głośnym kwękaniem a to oznacza: "Uwaga! Zaraz się rozwyję". Nie chcę jechać do lekarza na sygnale więc wyciągam z torby jakiś fant i wręczam małej. Wsiadam do auta, znowu wyciągam trawę z sandałów, zapinam pasy, robię mocny wdech i zaczynam wyliczać:
Telefon jest, portfel jest, książeczka zdrowia jest, jedzenie i picie jest, pieluchy, chustki do pupy, ubrania na zmianę są, LISTA ZAKUPÓW! Jest ale przyczepiona magnesem do lodówki! Odpinam pasy, tup, tup, tup na górę (cholerne schody, a w nogach mam jeszcze co najmniej kilkanaście porannych kilometrów), otwieram drzwi, jednym skokiem jestem przy lodówce, łapię listę zakupów, wybiegam z domu, zamykam drzwi na klucz, tup, tup, tup po schodach na dół, wsiadam do samochodu. Kolejny raz wycieram buty z trawy i zapinam pasy. Wszystko mamy? Mamy! Ruszamy. Nareszcie.
Jest 10.00! Dzieci jadły o ósmej czyli zaraz będą znowu głodne! 
Przed nami jeszcze męka zakupów. I tak jest zawsze, ale to i tak wersja letnia, zimą to się zacznie! Kurtki, szaliki, czapki, śniegowce, i tak dalej, i tym podobne...
 
PS. Szczepienia nie było, doktor na urlopie.











środa, 23 lipca 2014

Gazetowy decoupage

Jakieś cztery lata temu znalazłam na strychu kilka starych gazet zachowanych w bardzo dobrym stanie - użyto ich do wyłożenia szuflad również bardzo starej komody. Komodzie zarządziłam przeprowadzkę na dół do salonu, umyłam ją, wyszykowałam, gazety odłożyłam postanawiając koniecznie wykorzystać je do czegoś później. Zastanawiałam się co z nimi zrobić, pomyślałam w końcu że można by nimi coś obkleić tak jak się obkleja różne przedmioty w technice decoupage. Długo jednak nie mogłam znaleźć odpowiedniego kandytata do obklejenia aż w końcu napatoczyły się trzy rzeczy na raz (oczywiście potem zapomniałam gdzie odłożyłam te gazety i musiałam przekopać pół strychu żeby je w końcu znaleźć, szukałam nawet obok naszej strychowej laleczki chucky, brrr).
Pierwsza do obklejenia poszła klapa od kosza na brudne ciuchy - poprzednia plastikowa złamała się pod ciężarem kładzionych na niej rzeczy. Była nie do naprawienia więc poprosiłam męża aby wyciął mi taką klapę z płyty pilśniowej. Podkleiłam sobię ją od spodu czterema deszczułkami by się nie przesuwała na koszu a górę całą zakleiłam wycinkami z Gazety Współczesnej z roku 1977! (gdy ta gazeta wyszła drukiem ja miałam niecałe 2 lata!). Tak to teraz wygląda:


Następnie zabrałam się za stary, pogryziony kiedyś przez psa taboret, który był pierwszą zdekupażowaną przeze mnie rzeczą i jak wszystkie takie pierwsze próby - zupełnie nieudaną. Zakleiłam więc pretensjonalne kępy róż Expressem Wieczornym z 1979 roku:


Ostatnią rzeczą do obklejenia był stojak na papier toaletowy, do którego użyta została Gazeta Współczesna z 1980 roku:


Tak się składa, że wszystkie te rzeczy stoją w łazience więc stanowią swego rodzaju komplet. Dodam jeszcze parę zbliżeń bo niektóre wycinki z artykułami są po prostu niezłymi "smaczkami", na początek całość klapy od kosza:


 a tu poszczególne wycinki:






















 Jak zrobić gazetowy decoupage opiszę w następnym poście, bo tu strasznie dużo zdjęć się zrobiło :) A poza tym już ciemna noc!